Kontrole ruszą po świętach. Sprawdzą jedną rzecz, kary sięgają 10 tys. złotych
Choć na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że woda to po prostu woda, bez względu na jej pochodzenie, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. W Polsce działają dwa osobne systemy kanalizacyjne: sanitarny, który odbiera ścieki bytowe z budynków mieszkalnych, oraz deszczowy, przeznaczony wyłącznie do odbioru wód opadowych i roztopowych. Zachowanie tego podziału ma kluczowe znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania całej sieci.
Ścieki trafiają do oczyszczalni, gdzie ich oczyszczanie przebiega według ściśle określonych parametrów, takich jak ilość, temperatura i skład chemiczny. Jednak nagłe dostarczenie dużej ilości deszczówki zakłóca tę równowagę. Woda opadowa rozcieńcza ścieki, obniża ich temperaturę i uniemożliwia skuteczne działanie mikroorganizmów niezbędnych do oczyszczania. W skrajnych przypadkach skutkuje to poważnymi awariami i kosztownymi naprawami instalacji.

Problem ten szybko przybiera wymiar finansowy – przeciążone oczyszczalnie zużywają więcej energii, wymagają dodatkowych zabiegów naprawczych i generują rosnące koszty operacyjne, które ostatecznie ponoszą wszyscy użytkownicy systemu poprzez wyższe rachunki. W praktyce błąd jednego właściciela nieruchomości może wpłynąć na koszty wszystkich mieszkańców.
Deszczówka – powszechny problem i ryzykowny skrót
Dla właścicieli domów sytuacja wygląda często inaczej. Podczas intensywnych opadów podjazdy, ogrody czy piwnice mogą zostać zalane, co wymusza szybkie odprowadzenie nadmiaru wody. Niektórzy decydują się wtedy na najprostszy sposób – podłączenie rynny bezpośrednio do kanalizacji sanitarnej. Takie rozwiązanie jest wygodne i tanie, ale jednocześnie niezgodne z obowiązującymi przepisami.
Wiele takich instalacji powstało jeszcze podczas budowy domów i przez lata funkcjonowało bez żadnej kontroli. Problemy ujawniają się dopiero podczas gwałtownych ulewnych deszczy, które zdarzają się coraz częściej i są coraz bardziej intensywne. Krótkie, ale obfite opady sprawiają, że do kanalizacji napływają ogromne ilości wody, której system sanitarny nie jest w stanie obsługiwać.
W efekcie następuje cofka – ścieki są wypychane z powrotem na powierzchnię, doprowadzając do zalania piwnic, zanieczyszczenia ulic oraz szkód u sąsiadów. To pokazuje, że nawet jedno nielegalne podłączenie może wywołać konsekwencje wykraczające daleko poza teren jednej posesji.
Nieoczekiwane kontrole i wysokie kary za nielegalne podłączenia
Z powodu rosnących problemów samorządy coraz częściej podejmują systematyczne kontrole mające na celu wykrycie nielegalnych podłączeń kanalizacji deszczowej do sanitarnej. Co ważne, kontrole mogą przebiegać bez konieczności wchodzenia na posesję. Metoda zadymiania, polegająca na wtłaczaniu bezpiecznego dymu do sieci kanalizacyjnej, pozwala wykryć nieszczelności i nieprawidłowości.
Z uwagi na bardzo dużą ilość wody czystej, która płynie w naszej kanalizacji, w najbliższych miesiącach będą prowadzone zadymiania – zapowiedział w rozmowie z Radiem Bielsko Kazimierz Cebrat, burmistrz Wilamowic.
Podobne działania podejmowane są także w innych regionach Polski. Po Wielkanocy wiele osób może otrzymać informacje o zbliżających się zadymieniach, na przykład w miejscowości Libiąż, gdzie kontrole planowane są na kwiecień.
W momencie, gdy dym zaczyna wydostawać się z rynny lub instalacji, jest to jasny sygnał o nielegalnym podłączeniu do kanalizacji sanitarnej. Służby korzystają z tego jako podstawy do dalszych działań. Właściciel posesji otrzymuje nakaz usunięcia nieprawidłowej instalacji na własny koszt, co może wiązać się ze znacznymi wydatkami.
W przypadku wykrycia nieprawidłowości na przyłączu klienta, jest on powiadamiany protokolarnie lub pisemnie z prośbą o usunięcie usterek. Brak reakcji skutkuje wysłaniem pisma do Nadzoru Budowlanego z prośbą o kontrolę posesji – informuje MPWiK we Wrocławiu.
Bezpodstawne ignorowanie wezwań może doprowadzić do skierowania sprawy do sądu, a grzywna za wykroczenie sięga nawet 10 000 zł. Powtarzające się naruszenia mogą skutkować dodatkowymi sankcjami prawnymi. W porównaniu z tymi konsekwencjami koszty legalnych rozwiązań, takich jak zbiorniki retencyjne czy systemy rozsączające, są stosunkowo niewielkie.
Dlatego coraz więcej właścicieli nieruchomości sprawdza swoje instalacje zanim przybędą kontrolerzy, aby uniknąć przykrych niespodzianek.