Nauki przedmałżeńskie pełne stereotypów. „To był kurs na małżeństwo z lat 50.”

Marta i Paweł Wiśniewscy, którzy pobrali się rok temu, opowiedzieli Wirtualnej Polsce o kursie przedmałżeńskim, który Marta określa jako upokarzający i oparty na stereotypach. Przed ślubem kościelnym narzeczeni przechodzą formalności w kancelarii parafialnej, kurs przedmałżeński oraz spotkania w poradni rodzinnej.

Oboje zaznaczają, że samej idei przygotowania do małżeństwa nie kwestionowali.

— Nawet byliśmy ciekawi. Myśleliśmy, że porozmawiamy o komunikacji, finansach, rodzinach pochodzenia, granicach, kryzysach. O tym, co naprawdę może rozwalić związek — opowiada Marta.

Rzeczywistość wyglądała inaczej. Według niej prowadzący przekazywali podział ról sprzed dekad: kobieta miała „łagodzić napięcia”, „dbać o atmosferę domu”, „nie prowokować konfliktów” i „znosić wybuchowość męża”, a mężczyzna pełnił funkcję głowy rodziny z ostatnim słowem w ważnych kwestiach.

— Do tego dochodziły żarty, głównie z kobiet: że żona po ślubie przestaje się starać, że już „tak ładnie nie wygląda” i że mąż musi mieć święty spokój, że kobiety „mówią za dużo”. Sala się śmiała, a ja siedziałam coraz bardziej spięta. To było po prostu upokarzające. To był kurs na dysfunkcyjne małżeństwo z lat 50. — podsumowuje Marta.

Psycholożka: zdarzają się pary skrajnie niedobrane

Pani Dorota, psycholożka z Radomia, od kilku lat prowadzi spotkania dla narzeczonych. Przyznaje, że poziom kursów bywa bardzo różny.

— Są kursy prowadzone z dużym szacunkiem do dorosłych ludzi, ale są też takie, które zatrzymały się językowo i mentalnie wiele lat temu — mówi.

Jej zdaniem dobrze poprowadzone przygotowanie nie polega na moralizowaniu, lecz na zachęcaniu par do rozmowy o planach rodzicielskich, finansach czy spędzaniu świąt. — Zdarzają się pary skrajnie niedobrane. Oni naprawdę nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali i planują ślub — dodaje.

„Do ślubu finalnie nie doszło”

Dorota przywołuje parę, która zgłosiła się do niej po kursie z konfliktem dotyczącym podziału obowiązków. On wychodził z domu, gdzie matka brała na siebie całość prac mimo pracy na pół etatu, ona — z domu partnerskiego.

— W całym tym procesie wyszło, że ten mężczyzna tak naprawdę w ogóle nie szuka żony — szuka drugiej mamy, która ogarnie mu życie. Do ślubu tamtej pary, która się do mnie zgłosiła, finalnie nie doszło — relacjonuje.

Wiśniewscy uważają, że kurs bywa przydatny, jeśli prowadzą go profesjonaliści. Marta krytykuje za to wizytę w poradni, gdzie o rozrodczości uczy osoba bez wykształcenia medycznego. — Wyciąganie pieniędzy. Jestem w stanie zapłacić tyle za wizytę u ginekologa, ale nie u samozwańczego eksperta bez podstaw merytorycznych — mówi. Jej mąż dodaje, że w poradni nie dowiedzieli się niczego nowego.