Tusk nie podpisał nominacji do zarządu NBP. Glapiński straci władzę w banku?

W listopadzie kończy się kadencja Adama Lipińskiego, wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego. Brak podpisu premiera Donalda Tuska pod wnioskami nominacyjnymi zgłoszonymi przez prezesa NBP, Adama Glapińskiego, może sprawić, że bank pozostanie nie tylko bez wiceprezesów, lecz także bez minimalnej ustawowej liczby członków zarządu.

Co wydarzyło się w sprawie nominacji do zarządu NBP?

Jak podaliśmy na RadioZET.pl, 3 lutego Kancelaria Prezydenta skierowała do Kancelarii Premiera projekt postanowienia o powołaniu Marty Kightley na wiceprezesa NBP oraz pierwszego zastępcę Adama Glapińskiego. Jednak 14 maja obie kancelarie poinformowały o braku kontrasygnaty premiera pod tą kandydaturą oraz pod nominacjami innych członków zarządu. Jako pierwszy o decyzji Donalda Tuska poinformował Onet.

Dzień później rzecznik NBP, Maciej Antes, ujawnił, że prezes Glapiński wnioskował również o powołanie Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka oraz Marcina Zarzeckiego do zarządu NBP. Kancelaria Prezydenta przekazała, że 3 lutego przesłała projekt postanowienia dotyczący wszystkich kandydatur, a nie tylko Marty Kightley, jak wcześniej sądzono.

obrazek

„Postanowienia Prezydenta RP zostały odesłane bez kontrasygnaty. Pismo nie zawiera uzasadnienia” – poinformowała Kancelaria Prezydenta.

Zerwanie porozumienia między Tuskiem a Glapińskim

Premier Donald Tusk zwlekał trzy miesiące z decyzją w sprawie zatwierdzenia nowych członków zarządu NBP, z wyjątkiem Marty Kightley. Nominacje zostały przesłane do premiera 4 lutego. Wtedy relacje między prezesem NBP a rządem wyglądały jeszcze dobrze: Glapiński obniżał stopy procentowe, unikał krytykowania działań obozu rządzącego, a nawet wypracował łagodniejsze stanowisko na Radzie Polityki Pieniężnej dotyczące projektu budżetu państwa, co wywołało niepokój w banku centralnym.

W zamian za swoją uległość Glapiński oczekiwał zgody premiera na przedłużenie kadencji Marty Kightley, ówczesnej wiceprezes NBP, która była jego najbliższą współpracowniczką i w praktyce przejmowała część jego obowiązków, ponieważ prezes rzadko bywa w banku.

Jak wynika z informacji, prezes NBP osobiście rozmawiał z ministrem finansów Andrzejem Domańskim, aby ten przekonał premiera do zgody na przedłużenie kadencji Kightley. Pytania dotyczące tych rozmów nie doczekały się odpowiedzi ze strony Ministerstwa Finansów, Kancelarii Premiera ani NBP.

Co ciekawe, na początku lutego zarówno minister Domański, jak i Adam Glapiński przebywali w Rijadzie podczas polskiej misji gospodarczej, choć uczestniczyli w innych wydarzeniach. Można przypuszczać, że prezes NBP przedstawił rządowi w nieoficjalnym dokumencie, tzw. non-paperze, potencjalne korzyści, jakie mogłyby się pojawić, gdyby Tusk zatwierdził nominację Kightley.

„To pokazuje, jak prezes czuje się pewnie w swojej grze” – mówiły źródła z NBP.

Program SAFE 0 procent jako punkt zwrotny

Kolejne tygodnie mijały bez ostatecznej decyzji premiera dotyczącej nominacji Marty Kightley i trzech innych kandydatów. W marcu kończyła się kadencja Piotra Pogonowskiego, a w listopadzie planowane było odejście Adama Lipińskiego. Z kolei w styczniu 2027 roku z zarządem miała rozstać się Marta Gajęcka. Na ich miejsce miały wejść osoby oficjalnie kojarzone z obozem władzy – Ludwik Kotecki i Przemysław Litwiniuk, członkowie Rady Polityki Pieniężnej, a także Marcin Zarzecki, powołany do RPP przez prezydenta Karola Nawrockiego.

Decyzja Tuska przeciągała się, co ochładzało relacje między premierem a prezesem NBP. Istotnym zwrotem był 11 marca, gdy Glapiński i prezydent Nawrocki ogłosili program SAFE 0 procent – alternatywę dla rządowych unijnych pożyczek w programie SAFE. Stało się to wyraźnym sygnałem, że Glapiński nie może liczyć na kontrasygnatę Tuska.

Niedługo potem prezes NBP ogłosił nowy schemat organizacyjny banku, przejmując wraz z Arturem Sobońiem kompetencje departamentów zarządzanych wcześniej przez Martę Kightley i Piotra Pogonowskiego.

Co dalej z władzą Adama Glapińskiego?

Po zakończeniu kadencji Adama Lipińskiego w listopadzie zarząd NBP będzie funkcjonował bez ustawowo wymaganej minimalnej liczby członków, co może być poważnym ciosem wizerunkowym dla banku centralnego, choć konsekwencje prawne są trudne do jednoznacznego określenia.

Jesienią 2027 roku dobiegnie końca kadencja Marty Gajęckiej, co może mieć jeszcze większe znaczenie w kontekście wpływów prezesa Glapińskiego. Jego poparcie ograniczy się wówczas praktycznie do Pawła Szałamachy, natomiast przeciwko niemu mogą występować Paweł Mucha – od lat skonfliktowany z prezesem – Artur Soboń, lider listopadowego buntu, oraz Rafał Sura. Brak przewagi Glapińskiego w zarządzie wyraźnie osłabi jego władzę w NBP.

Dodatkowym problemem prezesa jest możliwość postawienia go przed Trybunałem Stanu. Choć ta perspektywa w ostatnich miesiącach wydawała się oddalać, po ostatnich wydarzeniach oraz zbliżających się wyborach parlamentarnych staje się coraz bardziej prawdopodobna. Posłowie Koalicji Obywatelskiej oskarżają Glapińskiego m.in. o pośrednie finansowanie deficytu budżetowego poprzez skup obligacji, interwencje walutowe bez należytego upoważnienia zarządu NBP oraz upolitycznienie tej instytucji.

Źródło: Radio ZET